+++ O zmianach ustaw o GMO 15.08.2010

Przegląd online-dzienników nie zmniejsza stanu zamętu i niejasności, jakie towarzyszą kwestii zniesienia unijnej odpowiedzialności za genetyczne (GMO) i przekazanie tych kompetencji krajom członkowskim. Z wyjątkiem paru Austriaków panuje ogólnie pogląd, że taka zmiana prowadziła by do szybkiej promocji tych odmian; Komisja sama, w zapowiedzi prac nad projektem zmian, tezę taką miała przedstawić. Trudno oprzeć się wrażeniu, że coś tutaj nie gra, tylko co?

Ogólnie można powiedzieć, że Komisja zawsze dążyła do maksymalizacji wysiewu genetycznych i starała się tak rozmywać przepisy dotyczące upraw ekologicznych, aby nie przeszkadzały one w szerzeniu się tej technologii na polach Europy, a wyprodukowane z niej spożywcze (mówienie o żywności, żywieniu itp. jest eufemizmem) trafiały bez ograniczeń na półki supermarketów. Komisja pracowała nad dalszymi zezwoleniami z wielkim zapałem, korzystając z przywileju opierania swoich decyzji na ‘ekspertyzach naukowych’ organu ds. bezpieczeństwa żywności EAFS, który wypreferował na między innymi na spożywczą odmianę kukurydzy MON 863 prowadzącą w badaniach laboratoryjnych do zmian metabolizmu krwi, wątroby i nerek u zwierząt doświadczalnych. Ogólnie zbyt ochoczo i niefrasobliwie wpisywano coraz to nowsze odmiany na listę bezpiecznych, aby nadal wierzyć w “sprawdzone GMO.”

Dlatego dziwi obstawanie za zachowaniem obecnego status quo, jaki reprezentują organizacje ekologów i ochrony środowiska. Dlaczego nie krajowa suwerenność w kwestii GMO? Tym bardziej, że przecież ograniczenia wysiewu (MON 810), jakie one by sztukowane i dziurawe nie były, są wynikiem ‘postawienia się’ poszczególnych państw pod groźbą karnych sankcji z Brukseli, okupione latami zmagań z Komisją o tzw. naukowe dowody szkodliwości, jakie były warunkiem dla wprowadzenia takich zakazów.

Zmiany miałyby dotyczyć:
1. dyrektywy o koegzystencji (upraw gmo, tradycyjnych i bio) z 2003, która gwarantować ma utrzymanie zanieczyszczeń upraw przez GMO na poziomie poniżej 0,9%, która w momencie wprowadzenia uznana została za przekręt biurokratów, jako że zanieczyszczone do 0,9% przez GMO uprawy tradycyjne uważane były od tej chwili za “wolne od GMO”; w zmienionej ustawie uwarunkow
ania te zostałyby zaostrzone, możliwe byłoby tworzenie stref wolnych od GMO w razie potrzeby;
2. dyrektywy 2001/18/EG, wzbogaconej o nowy artykuł 26b – kraje członkowskie mogłyby ograniczyć lub całkowicie zakazać wysiewu GMO bez przedstawiania naukowych d
owodów na ich szkodliwość.

I to ma nie być to? Praktycznie wszystko, o co walczono od lat, co było marzeniem regionalnych działaczy na rzecz środowiska, noszących się z myślą o regionalnej suwerenności w obchodzeniu się z genetycznymi, a głównie możliwości wprowadzania zakazu ich upraw i tworzenia stref wolnych od GMO bez żadnych ceregieli z urzędnikami, którz albo byli zajęci w Brukseli, albo rozkładali ręce, bo Bruksela nie zezwoliła?
No, przyznam, że trudno mi się połapać. Może ktoś podpowie o co chodzi
?
To, że pewne z krajów zamienią się w poligony doświadczalnie biotech, takie istnieć będą również z zakazami, podobnie jak podwójna moralność: pasze GMO są w hodowli nadal dozwolone, wystarczy jedynie parę tygodni diety bez
genetycznych przed ubojem, aby schab pochodziŁ ze zdrowej, wiejskiej hodowli, a jaja i mleko z matczynego kurnika i kwitnących łąk. Badania wyrobów sojowych w supermarketach Europy wykazują stały wzrost ilości i poziomu zanieczyszczeń odmianami gm, co trzeci produkt zawiera już takie domieszki.

Tak więc, obecny system prowadzi do wolnego wprawdzie ale stałego wzrostu kontaminacji i jest zbyt wolny, aby pobudzić reakcje obronne. Również jestem zdania, że szansą w zapowiedzianych zmianach jest możliwość odkrycia regionalnego zaangażowania, a bliskość organów władzy i bazy wyborczej pobudzić może tą szczególną wrażliwość w stosunkach międzyludzkich, jaka stanowi o dynamice gospodarczo-społecznej regionalnego rozwoju.

Tak więc pozory mylą. Ulegam pozorom.
+++ więcej